Polski Portal Morski
Edukacja Historia

Szkolnictwo morskie II Rzeczpospolitej

Rozkaz o utworzeniu marynarki polskiej Józef Piłsudski wydał 28 listopada 1918 roku, a więc zaledwie kilkanaście dni po symbolicznym dniu odzyskania niepodległości. Przy Ministerstwie Spraw Wojskowych została utworzona Sekcja Marynarki Wojennej. Wtedy Polska nie miała jeszcze dostępu do morza, ale chęci do służby i pracy na morzu wśród młodych nie brakowało.

SZKOŁA MORSKA W TCZEWIE

W 1920 roku działalność rozpoczęła Szkoła Morska w Tczewie, jako pierwsza polska szkoła kształcąca kadry dla morza, gdzie naukę pobierali kandydaci na oficerów i kapitanów floty handlowej. Choć miała charakter cywilny początkowo umieszczono ją w strukturze wojskowej podległej wiceadmirałowi Kazimierzowi Porębskiemu. Spora część ówczesnej publiki nie potrafiła sobie wytłumaczyć sensu istnienia szkoły morskiej skoro Polska nie posiadała ani portów morskich, ani morskich statków, więc tczewską uczelnię złośliwie nazywano Szkołą Bezrobotnych Kapitanów, w skrócie SBK.

O ile absolwenci utworzonej nieco później Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej mieli pewność zatrudnienia (i to na stanowiskach oficerskich), to przed studentami cywilnej szkoły morskiej perspektywy pracy na morzu były co najwyżej mgliste. Mimo to szkolne ławy zasilili absolwenci prestiżowych szkół średnich, a nawet studenci wyższych uczelni. Wykładowcy pochodzili głównie z przedrewolucyjnej floty rosyjskiej.

Pierwszy rok nie wystartował zgodnie z planem przez wojnę polsko-sowiecką. Sytuacja na froncie wymusiła mobilizację zdrowych, młodych mężczyzn – a tacy właśnie próbowali rozpocząć naukę w Szkole Morskiej. Utworzony został Pierwszy Batalion Morski, później także Drugi. Jednostki te składały się z ochotników często bez żadnego doświadczenia wojskowego czy morskiego – szkolono ich na tymczasowych kursach dla oficerów i podoficerów. Ci, którym dane było powrócić z wojny, rozpoczęli naukę w grudniu 1920 roku.

Jednym z najbardziej znanych absolwentów Szkoły Morskiej w Tczewie był późniejszy kapitan żeglugi wielkiej i pisarz Karol Olgierd Borchardt, który dla morza zrezygnował z rozpoczętych już studiów prawniczych na Uniwersytecie Wileńskim. Jego siła fizyczna należała do legendarnych – uprawiał liczne dyscypliny sportu, nawet akrobatykę! W swoich wspomnieniach z pierwszego dnia na szkolnym żaglowcu „Lwów” opisał swoje przygody z kabestanem, czyli urządzeniem do wybierania bądź luzowania lin będących pod znacznym obciążeniem: „[…] po obiedzie zbiórka do robót. Wyznaczono mnie do obsługi kabestanu. […] Zamieniony w konia wprzęgniętego do kieratu pchałem z całej siły jeden z długich drągów wepchniętych w głowicę kabestanu. Drągi nazywano handszpakami. Koledzy chcąc wypróbować moją siłę pchali coraz słabiej zostawiając cały ciężar dla mnie. Skutek był natychmiastowy: handszpak wykonany ze specjalnego, twardego drewna prysł jak zapałka! Wywołało to szalony entuzjazm. Czegoś podobnego jeszcze nie widziano. Następne handszpaki pękały jeden po drugim. Szykowałem się właśnie do połamania czterech zapasowych handszpaków, gdy nadszedł pierwszy oficer. […] Pierwszy miał zdolność krzyku tak strasznego, jakiego nie słyszałem nigdy wcześniej i nigdy potem. Teraz cały port zapełnił się jego wibrującym na najwyższej oktawie głosem: – Da dżjaaaaaaaaaaaabła! Cały statek pałamiiiiii!!!”. Mimo obaw Borchardt nie został relegowany ze szkoły. Później, dzięki wydanej w 1960 roku książce „Znaczy Kapitan”, opisującej służbę na przedwojennych polskich jednostkach, został chyba najsłynniejszym polskim kapitanem i pisarzem-marynistą.

OFICERSKA SZKOŁA MARYNARKI WOJENNEJ

Z floty rosyjskiej rekrutowała się także większość oficerów do utworzonej w Toruniu w 1922 roku Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej (od 1928 roku pod zmienioną nazwą: Szkoła Podchorążych Marynarki Wojennej, w skrócie SPMW). Nauka teorii była trudna i wymagająca. Najwięcej problemów uczniom przysparzała elektrotechnika, szczególnie od początku lat 30., kiedy wprowadzono pierwsze pełnomorskie, relatywnie nowoczesne okręty wyposażone m.in. w żyrokompasy. Nauka ich obsługi była – w połączeniu z wymagającym wykładowcą – przyczyną nocnych koszmarów niejednego z ówczesnych podchorążych, nie tylko z wydziału technicznego, ale i morskiego. Zwykle dopiero po promocji i rozpoczęciu służby na okręcie okazywało się jak opłacalny był czas spędzony nad ćwiczeniami z rozwiązywania problemów z urządzeniami elektrycznymi.

Jak wspominał zmarły w 2002 roku komandor Zbigniew Kowalski, absolwent SPMW z 1933 roku, podczas ćwiczeń sprawdzano także sprawność, odwagę i odporność psychiczną przyszłych oficerów. Przykładem tego może być sytuacja, gdy podczas zajęć na transportowcu ORP Wilia podchorążowie otrzymali rozkaz zejścia po rozwieszonej w okolicach dziobu siatce do stojącej przy burcie łodzi. Jeden z nich, krewny ważnego oficera, odmówił  twierdząc, że zranił się boleśnie w nogę i że nie nadaje się do takich „zabaw”. „Mało kto miał ochotę, chyba wszyscy się baliśmy tego zejścia” – wspominał  Kowalski – „trzeba było jednak umieć ten strach opanować i wykonać polecenie”. Podchorąży, który odmówił zejścia, został ze szkoły relegowany. Podobno jego ważny krewny, gdy dowiedział się o przebiegu zdarzenia, nie zrobił w tej sprawie nic oprócz poinformowania młodego człowieka, że najwyraźniej pomylił się z powołaniem.

Komandor porucznik Władysław Trzciński, absolwent SPMW z 1931 roku, opowiadał jak co jakiś czas dochodziło do niesnasek i bijatyk z rówieśnikami ze Szkoły Podchorążych Artylerii, mającej swoją siedzibę również w Toruniu. Chodziło głównie o miejscowe, słynące z urody, dziewczęta. Jak wspominał, raz górą byli marynarze, raz artylerzyści, ale obie grupy łączyła chęć uniknięcia spotkania z żandarmerią. W sprawach damsko-męskich podchorążowie marynarki dorównywali legendarnym ułanom. Pozostały tego dowody, na przykład zdjęcia. Po latach jeden z absolwentów (oficerów służących podczas wojny na okrętach podwodnych), opowiadając o pięknej damie uwiecznionej obok niego na starej fotografii przyznał, że była to kilkanaście lat od niego starsza żona znanego oficera piastującego w Marynarce Wojennej ważne stanowisko i że gdy był dwudziestoletnim podchorążym łączył ich gorący romans.

Patrząc na statystyki, liczba marynarzy w II RP była niewielka w porównaniu z liczbą żołnierzy Wojsk Lądowych, a podchorążych było jeszcze mniej. Późniejszy komandor Andrzej Kłopotowski, absolwent SPMW z 1938 roku, reprezentował szkołę na balu wojskowym w Warszawie w swoim ciemnogranatowym mundurze. Poprosił do tańca około osiemnastoletnią dziewczynę, która zwróciła jego uwagę niebanalną urodą. Dziewczyna zgodziła się, a po tańcu zapytała przyszłego oficera czym się zajmuje. Ten odpowiedział, zgodnie z prawdą, że jest podchorążym marynarki wojennej. Dziewczyna zaczęła się śmiać, tłumacząc że wzięła go za windziarza, bo nigdy do tej pory nie widziała żadnego marynarza i wyobrażała go sobie całkiem inaczej. Jak? Tego już podchorąży nie chciał wiedzieć. Znajomość definitywnie zakończył.

Pierwsza promocja oficerska w Oficerskiej Szkole Marynarki Wojennej odbyła się w 1925 roku.

KADRY SZKOLNE I PIERWSI KOMENDANCI

Większość kadr obu uczelni wywodziła się spośród ludzi, którzy morską karierę rozpoczynali w carskiej Rosji. Pomysłodawcą i twórcą państwowej Szkoły Morskiej w Tczewie był Kazimierz Porębski, któremu sławę przyniosła niezłomna postawa na krążowniku Nowik podczas wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905. Choć miał zostać skazany na śmierć za niesubordynację podczas bitwy na Morzu Żółtym, decyzji tej nie zatwierdził car. Władca w zamian zesłał go na tydzień do twierdzy i podarował mu pamiątkową szablę z napisem „Za odwagę” i nadał order Świętego Jerzego. Po latach Kazimierzowi Porębskiemu, już jako polskiemu wiceadmirałowi, zlecono budowę administracji i szkolnictwa morskiego.

W pierwszej połowie lat dwudziestych władze rządowe nie zawsze rozumiały sens budowy gospodarki morskiej. Antoni Garnuszewski był pierwszym dyrektorem Szkoły Morskiej w Tczewie, swoją funkcję sprawował w latach 1920-1929. Podczas pobytu na Wybrzeżu ówczesny premier Wincenty Witos, w rozmowie z nim stwierdził, mając na myśli Szkołę i statek „Lwów”: „Należy skończyć z tymi mrzonkami i to wszystko zlikwidować”.

Problemów przy tworzeniu szkolnictwa morskiego było więcej. Pojawiały się kłopoty językowe i terminologiczne, istniały braki w podręcznikach, koncepcje wciąż się zmieniały, występowały komplikacje z finansowaniem Marynarki Wojennej. Do tego dochodziły głośne afery – nieliczne, ale negatywnie rzutujące na obraz Sił Morskich. W ich wyniku ucierpiał np. Kazimierz Porębski. Admirał w 1925 roku został zdymisjonowany po nieprawdziwych oskarżeniach dotyczących tzw. „afery minowej”, która wiązała się z nieprawidłowościami przy zamówieniach sprzętu i broni okrętowej. Porębski wycofał się z życia publicznego, lecz sposób w jaki został potraktowany nie pozostał bez wpływu na jego zdrowie i zmarł przedwcześnie po długiej chorobie w 1933 roku.

Szkoła Morska w 1930 roku została przeniesiona z Tczewa do kompleksu edukacyjnego zbudowanego przy ulicy Morskiej w Gdyni. Cała szkoła z internatem, basenem i jadalnią znalazła się w odległości kilkudziesięciu minut spacerem od budowanego w szybkim tempie portu morskiego. Po przeprowadzce akademię przemianowano na Państwową Szkołę Morską.

Także w 1930 roku Dar Pomorza, zakupiony z datków społecznych, zastąpił w roli szkolnego żaglowca wysłużony „Lwów” (jak napisał Borchardt „kolebkę polskich nawigatorów”). Pierwszy kontakt przyszłych marynarzy z morzem na ogół miał miejsce na żaglowcach, cywile doświadczali go na Lwowie i Darze Pomorza, podchorążowie zaś na ORP Iskra. Podchorążowie ćwiczyli się dalej w wiedzy okrętowej m.in. na ORP Wicher i ORP Wilia oraz szkolnym okręcie artyleryjskim, zdeklasowanym torpedowcu ORP Mazur.

Absolwenci Szkoły Morskiej obsadzali pierwsze polskie statki, odbywali praktyki i pracowali na statkach zagranicznych, przede wszystkim francuskich. W kontaktach pomagała nauka języka francuskiego, obowiązkowa w obu szkołach, cywilnej i wojskowej. W latach trzydziestych do eksploatacji weszły transatlantyki i zniknął kłopot ze znalezieniem pracy w kraju. Nowe statki obsadzone zostały przez polskich marynarzy i oficerów, jednak początkowo polscy kapitanowie byli dublerami, by nabrać praktyki w dowodzeniu dużymi statkami.

Trzyletnia nauka w murach Tczewskiej Szkoły Morskiej oraz praktyka na szkolnym statku w zupełności wystarczały, by zyskać umiejętności pozwalające na pracę na stanowiskach oficerskich, tak na pokładzie, jak i w maszynie. Po zdobyciu doświadczenia praktycznego mieli także szansę na dowodzenie. Absolwenci ze Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej mieli podobne możliwości, jednak ich program kształcenia był o wiele szerszy ze względu na przygotowanie do pełnienia służby. Musieli posiąść wiedzę okrętową, ale także przejść specyficzne, wojskowo-morskie szkolenie wojskowe. Uczniowie cywilnej Szkoły Morskiej szkolenie wojskowe odbywali jedynie w określonym zakresie.

Absolwenci uczelni cywilnej, jak i wojskowej, w większości dobrze zdali najtrudniejszy egzamin dla każdego oficera: egzamin czasu wojny. Wykazali się wiedzą, zdolnością podejmowania niekiedy bardzo trudnych decyzji, odpornością psychiczną i odwagą. Ich historia trwa do dziś.

Źródło Niepodległa.pl Autor: Tomasz Miegoń

Zobacz podobne

Rusza budowa Centrum Offshore UMG

BS

MON: Pamiętajmy o naszych bohaterach!

KD

Akademia Morska. Dzień otwarty na Wydziale Mechanicznym

AB

Zostaw komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookie, aby poprawić Twoją wygodę. Zakładamy, że nie masz nic przeciwko, ale możesz zrezygnować, jeśli chcesz. Akceptuję Czytaj więcej

Polityka prywatności i plików cookie